Best troll ever. Tym właśnie mianem mogę określić to, co zrobił mi mój organizm. Przesiedziałam praktycznie sześć dni w domu, nie robiąc absolutnie nic, nie wychylając nosa aż do piątku po południu. Byłam w domu choć praktycznie nic mi nie było, główka trochę pobolała, trochę się pokręciło, ale na tym koniec. Wstaję dzisiaj rano, wydaje się, że po takim odpoczynku pełna siły i chętna przywitać jeden z ostatnich tygodni w szkole. I co? I wcale nie. Bo co? Bo się przeziębiłam. Przesiedź w domu tydzień, bo jesteś chora na nic, idź do szkoły, bo zawaliło ci gardło i nos. Powtórzę to znów, bo raz to za mało. Best troll ever, dziękuję organizmie.
A tak poza tym, to bardzo pozytywnie. Tylko poprawię biologię i fizykę i mam spokój. I cały ten syf odchodzi. I wakacje. I wolne. I mogę chorować do woli. Przecudownie.
Napisałabym coś konstruktywnego, ale nie napiszę, bo padam na ryj. Ogólnie wpis o tym jak przeogromne poczucie humoru ma moje ciało.
A teraz idę umierać w cieszy i samotności. No prawie w samotności, bo romans z fizyką i wokiem trwa. Najlepsi kochankowie.
+ http://www.youtube.com/watch?v=wjYU6ma4-lc
life is brutal, you know?
Żeby to zrozumieć trzeba to przeżyć, żeby to przeżyć trzeba tu być...
poniedziałek, 10 czerwca 2013
czwartek, 6 czerwca 2013
005. Come back
Nie rozumiem się. Pisanie sprawia mi przyjemność, a nie robię tego. Nie piszę nic tutaj, choć taki był plan. Nie piszę do gazetki, choć taki był plan. Nie piszę już nawet w pamiętniku, choć robiłam to przez prawie cztery lata. Czas chyba wrócić do starych nawyków. Przecież w tak piękny sposób mogę ukazać siebie.
O rany, ostatni wpis był prawie rok temu. Często myślałam o tym, żeby tu zajrzeć, ale jakoś tak nie było czasu. Ciągle myślałam o tym, żeby nabazgrać parę słów, ale to był tak intensywny czas, że nawet nie było czasu przysiąść i napisać coś, żeby puścić to w cyberprzestrzeń.
Rok minął jak z bicza strzelił. Ostatnio pisałam o tym, że kończę gimnazjum, a teraz znowu jest czerwiec i kończę pierwszą klasę szkoły licealnej. Uciekł mi ten rok, po prostu mi uciekł, nawet nie wiem gdzie i kiedy. Ostatnio jak pisałam żałowałam, że kończę gimnazjum, ale wszystko, co nowe, zawsze niesie ze sobą coś dobrego. Tak było i tym razem. Nowa szkoła, nowa klasa, nowi ludzie, nowi przyjaciele, nowe otoczenie, nowa pasja. Tego właśnie mi było trzeba. Postawienia grubej kreski między tym, co było, a tym, co jest teraz. I co jak co, ale moja nowa pasja pomogła mi w tym bardzo. Dokładnie 28 czerwca 2012 roku znalazłam się na otwarciu harcówki.
Szukałam czegoś, co pomogłoby mi zabić czas, szukałam czegoś w czym bym się odnalazła, czegoś, gdzie mogłabym zrobić coś i dla siebie i dla innych. Myśląc o czymś nowym, czym mogłabym się zająć, myślałam właśnie o harcerstwie. Figurowało ono na najwyższym miejscu mojej listy i zostawiało daleko w tyle organizacje, które miały być dla mnie wyjściem awaryjnym, czyli Caritas czy PCK. Było to naprawdę moje marzenie i kiedy pisałam ostatniego posta nawet nie wiedziałam, że w moim mieście działa ZHP. Jednak co najlepsze i najbardziej paradoksalne - już dwa dni później zasiliłam szeregi Związku Harcerstwa Polskiego. Naprawdę przez jeden wielki przypadek i zbieg okoliczności tam trafiłam. Jednak poszłam z zamiarem zostania na dłużej i tak się właśnie stało. Harcerze - notabene dzisiaj moi najlepsi przyjaciele - do tej pory są zdziwieni, że po prostu przyszłam i zostałam. Ale cieszę się. To była naprawdę dobra decyzja. Nie żałuję jej, w żadnym, najmniejszym nawet stopniu. Co prawda ZHP zajmuje mnóstwo mojego czasu i można powiedzieć, że jest to ten minus, którego szukam na upartego. Jednak moja mama zawsze mi powtarzała, że im człowiek ma więcej zajęć tym lepiej się odnajduje w życiu i tym lepiej jest zorganizowany. No i coś w tym jest. Między kolejnymi zbiórkami, zajęciami z angielskiego, francuskiego i matematyki, no i oczywiście szkołą, musiałam znaleźć czas na jakieś przyjemności, zrobienie czegoś dla siebie, no i oczywiście na naukę. Jakoś sobie z tym radziłam, lepiej, gorzej, ale zawsze. Oczywiście przeszłam kryzys, bo nie byłabym sobą, żeby po prostu wszystko znieść, tak bez gadania, po ludzku. Pod koniec kwietnia miałam naprawdę trudny moment, brak motywacji, chęci działania, dobrej pogody i mojej mamy w domu sprawiły, że najchętniej zaszyłabym się w jakimś ciemnym miejscu i przesiedziała do samych wakacji. Stąd właśnie wziął się tak bardzo wdzięczny opis na moim koncie Skype i GG, który mam do dziś - "Wake me up in July". Oczywiście, żeby nie było jest to cytat z piosenki Moniki Brodki. Jednak z pomocą przyszła mi moja siostra, która kolejny miesiąc spędzała siedząc w domu na urlopie macierzyńskim. Borykała się z dokładne tym samym problemem, ale ona sobie poradziła i postanowiła mnie z tego wyciągnąć. Więc spędziłam z nią przemiły weekend w Warszawie, robiąc zakupy m.in. w składnicy harcerskiej i grając po raz pierwszy w kręgle, sromotnie przy tym przegrywając. Pomogło, nie powiem, że nie, jednak nie tak bardzo jak pomogła mi moja mama po powrocie. Zafundowała mi dwanaście pięknych dni w najlepszej miejscowości pod słońcem. Sześć lat temu wyprowadziłyśmy się stamtąd, bo tego wymagała sytuacja i teraz, jak tylko możemy, to tam wracamy. I nic tak nie ładuje moich akumulatorów jak pobyt tam. Naładowałam się naprawdę pozytywnymi emocjami i choć szybko ze mnie uleciały, bo jednak ostatni czas był dla mnie dosyć ciężki, to ciągle odczuwam tę moc, żeby się jednak nie poddawać. No i się nie poddaję. Tyle, że przeceniłam chyba swoje możliwości. Brak snu, apetytu, natłok zajęć i obowiązków sprawił, że we wtorek rano wylądowałam u szkolnej pielęgniarki, która zrobiła mi aferę, 'no bo kto to widział, żeby dziewczyna w moim wieku, była tak bardzo przemęczona i zestresowana'. No cóż, ja widziałam. W każdym razie kazała mi iść do domu. No i tak sobie jestem w domu. Już trzeci dzień, bo moja mama, choć na odległość, postanowiła o mnie zadbać. Tak więc jem regularnie, co przyprawia mnie o bóle brzucha, śpię w normalnych godzinach i ilościach, co jest w sumie całkiem fajne i obijam się nadrabiając wszystkie zaległości w programach telewizyjnych (konkretnie Top Model; przez tyle czasu nie wiedziałam dlaczego oglądam ten program, aż w końcu doszłam do wniosku, że to dla tych wszystkich dziewczyn, które tam są, one są naprawdę piękne, a mają kompleksów więcej niż niejedna przeciętna nastolatka; no i część z nich ma za sobą naprawdę piękne historie; no i gratulacje dla Zuzy, która wygrała, w pełni na to zasłużyła, choć ja z całego serca kibicowałam Justynie, i płakałam razem z nią, gdy w Indiach się z nią pożegnali), serialach, filmach, książkach i artykułach. Ogólnie nie narzekam, odpoczynek fajna rzecz.
Jakiś ewentualny ktoś, kto to przeczyta może zapytać dlaczego ja to wszystko tu piszę. Tytułem zakończenia odpowiem na to pytanie - przeczytaj sobie, miły człowieku, siedem pierwszych zdań.
O rany, ostatni wpis był prawie rok temu. Często myślałam o tym, żeby tu zajrzeć, ale jakoś tak nie było czasu. Ciągle myślałam o tym, żeby nabazgrać parę słów, ale to był tak intensywny czas, że nawet nie było czasu przysiąść i napisać coś, żeby puścić to w cyberprzestrzeń.
Rok minął jak z bicza strzelił. Ostatnio pisałam o tym, że kończę gimnazjum, a teraz znowu jest czerwiec i kończę pierwszą klasę szkoły licealnej. Uciekł mi ten rok, po prostu mi uciekł, nawet nie wiem gdzie i kiedy. Ostatnio jak pisałam żałowałam, że kończę gimnazjum, ale wszystko, co nowe, zawsze niesie ze sobą coś dobrego. Tak było i tym razem. Nowa szkoła, nowa klasa, nowi ludzie, nowi przyjaciele, nowe otoczenie, nowa pasja. Tego właśnie mi było trzeba. Postawienia grubej kreski między tym, co było, a tym, co jest teraz. I co jak co, ale moja nowa pasja pomogła mi w tym bardzo. Dokładnie 28 czerwca 2012 roku znalazłam się na otwarciu harcówki.
Szukałam czegoś, co pomogłoby mi zabić czas, szukałam czegoś w czym bym się odnalazła, czegoś, gdzie mogłabym zrobić coś i dla siebie i dla innych. Myśląc o czymś nowym, czym mogłabym się zająć, myślałam właśnie o harcerstwie. Figurowało ono na najwyższym miejscu mojej listy i zostawiało daleko w tyle organizacje, które miały być dla mnie wyjściem awaryjnym, czyli Caritas czy PCK. Było to naprawdę moje marzenie i kiedy pisałam ostatniego posta nawet nie wiedziałam, że w moim mieście działa ZHP. Jednak co najlepsze i najbardziej paradoksalne - już dwa dni później zasiliłam szeregi Związku Harcerstwa Polskiego. Naprawdę przez jeden wielki przypadek i zbieg okoliczności tam trafiłam. Jednak poszłam z zamiarem zostania na dłużej i tak się właśnie stało. Harcerze - notabene dzisiaj moi najlepsi przyjaciele - do tej pory są zdziwieni, że po prostu przyszłam i zostałam. Ale cieszę się. To była naprawdę dobra decyzja. Nie żałuję jej, w żadnym, najmniejszym nawet stopniu. Co prawda ZHP zajmuje mnóstwo mojego czasu i można powiedzieć, że jest to ten minus, którego szukam na upartego. Jednak moja mama zawsze mi powtarzała, że im człowiek ma więcej zajęć tym lepiej się odnajduje w życiu i tym lepiej jest zorganizowany. No i coś w tym jest. Między kolejnymi zbiórkami, zajęciami z angielskiego, francuskiego i matematyki, no i oczywiście szkołą, musiałam znaleźć czas na jakieś przyjemności, zrobienie czegoś dla siebie, no i oczywiście na naukę. Jakoś sobie z tym radziłam, lepiej, gorzej, ale zawsze. Oczywiście przeszłam kryzys, bo nie byłabym sobą, żeby po prostu wszystko znieść, tak bez gadania, po ludzku. Pod koniec kwietnia miałam naprawdę trudny moment, brak motywacji, chęci działania, dobrej pogody i mojej mamy w domu sprawiły, że najchętniej zaszyłabym się w jakimś ciemnym miejscu i przesiedziała do samych wakacji. Stąd właśnie wziął się tak bardzo wdzięczny opis na moim koncie Skype i GG, który mam do dziś - "Wake me up in July". Oczywiście, żeby nie było jest to cytat z piosenki Moniki Brodki. Jednak z pomocą przyszła mi moja siostra, która kolejny miesiąc spędzała siedząc w domu na urlopie macierzyńskim. Borykała się z dokładne tym samym problemem, ale ona sobie poradziła i postanowiła mnie z tego wyciągnąć. Więc spędziłam z nią przemiły weekend w Warszawie, robiąc zakupy m.in. w składnicy harcerskiej i grając po raz pierwszy w kręgle, sromotnie przy tym przegrywając. Pomogło, nie powiem, że nie, jednak nie tak bardzo jak pomogła mi moja mama po powrocie. Zafundowała mi dwanaście pięknych dni w najlepszej miejscowości pod słońcem. Sześć lat temu wyprowadziłyśmy się stamtąd, bo tego wymagała sytuacja i teraz, jak tylko możemy, to tam wracamy. I nic tak nie ładuje moich akumulatorów jak pobyt tam. Naładowałam się naprawdę pozytywnymi emocjami i choć szybko ze mnie uleciały, bo jednak ostatni czas był dla mnie dosyć ciężki, to ciągle odczuwam tę moc, żeby się jednak nie poddawać. No i się nie poddaję. Tyle, że przeceniłam chyba swoje możliwości. Brak snu, apetytu, natłok zajęć i obowiązków sprawił, że we wtorek rano wylądowałam u szkolnej pielęgniarki, która zrobiła mi aferę, 'no bo kto to widział, żeby dziewczyna w moim wieku, była tak bardzo przemęczona i zestresowana'. No cóż, ja widziałam. W każdym razie kazała mi iść do domu. No i tak sobie jestem w domu. Już trzeci dzień, bo moja mama, choć na odległość, postanowiła o mnie zadbać. Tak więc jem regularnie, co przyprawia mnie o bóle brzucha, śpię w normalnych godzinach i ilościach, co jest w sumie całkiem fajne i obijam się nadrabiając wszystkie zaległości w programach telewizyjnych (konkretnie Top Model; przez tyle czasu nie wiedziałam dlaczego oglądam ten program, aż w końcu doszłam do wniosku, że to dla tych wszystkich dziewczyn, które tam są, one są naprawdę piękne, a mają kompleksów więcej niż niejedna przeciętna nastolatka; no i część z nich ma za sobą naprawdę piękne historie; no i gratulacje dla Zuzy, która wygrała, w pełni na to zasłużyła, choć ja z całego serca kibicowałam Justynie, i płakałam razem z nią, gdy w Indiach się z nią pożegnali), serialach, filmach, książkach i artykułach. Ogólnie nie narzekam, odpoczynek fajna rzecz.
Jakiś ewentualny ktoś, kto to przeczyta może zapytać dlaczego ja to wszystko tu piszę. Tytułem zakończenia odpowiem na to pytanie - przeczytaj sobie, miły człowieku, siedem pierwszych zdań.
wtorek, 26 czerwca 2012
004. The end
Ale jazda, kończę gimnazjum. Zostały mi dwa ostatnie dni w murach w których spędziłam sześć lat. To właśnie w tych murach poznałam przyjaciół po przeprowadzce sześć lat temu i przez pewien czas to właśnie ta szkoła była dla mnie jedyną rozrywką, póki nie odnalazłam się w nowym otoczeniu. W tej szkole, a w zasadzie szkołach - Boże, błogosław podstawówki i gimnazja, które znajdują się w jednym budynku - spędziłam naprawdę wspaniałe sześć lat. To tu po raz pierwszy się zakochałam i tu po raz pierwszy zrobiłam coś złego. No kurczę, to w tej szkole miałam pierwszy poważny przypał. Pierwszy nie był ostatnim, ale pierwszy się pamięta. A potem, poszłam do gimnazjum. I w gimnazjum się zepsułam. Poczułam smak młodości, uświadomiłam sobie, że naście lat ma się tylko raz. A w zasadzie, to uświadomiłam to sobie w trzeciej klasie dopiero. I przez cztery miesiące stałam się taką osobą, jaką nie myślałam, że kiedykolwiek będę. Serio. I co najlepsze, im bardziej olewam naukę na przykład i mam na to wszystko wyjebane, tym lepsze wyniki osiągam. Miło by było, gdyby zawsze tak było, ale i tak jest fajnie.
Ale wracając do tematu. Kończę gimnazjum. Serio, jest mi szkoda. Coś tak myślę, że w piątek będę ryczeć jak nigdy. No bo kurczę, to w tej szkole zostałam opieprzona tyle samo razy co pochwalona za dobre zachowanie. Hm, jak teraz o tym myślę, to było kilka takich sytuacji.
Trzy spędzone w gimnazjum lata, był dla mnie naprawdę zajebiście spędzonym czasem. Nie żałuję niczego, no może jednej rzeczy but never mind, i niczego bym nie zmieniła. Gdybym mogła chciałabym przeżyć jeszcze raz przynajmniej ostatnią klasę. Jaranie się tym, że jesteśmy najstarsi w szkole, ubolewanie nad tym, że za dużo się od nas wymaga, rzyganie już tymi całymi egzaminami przed którymi wszyscy mieli taką padakę, a teraz się śmiejemy z tego, jak mogliśmy się tym przejmować, pracowanie nad dekoracją i nad organizacją balu gimnazjalnego, wszystkie próby poloneza i w końcu sam bal, świetnie spędzone ferie zimowe, marzec, w którym wszyscy obiecywaliśmy sobie, że w końcu weźmiemy się do roboty, i kwiecień, który zastał nas nie wiadomo kiedy w ciemnej dupie, dwa tygodnie padaki przed egzaminem, a potem majówka i świętowanie, że najgorsze za nami, maj mijający na uświadamianiu sobie, że to Twoje ostatnie cztery czy pięć tygodni w tej szkole i w końcu czerwiec, który minął nie wiadomo kiedy na próbach do bierzmowania i na poprawianiu ocen. I w końcu nadchodzi ten dzień, kiedy możesz odetchnąć, bo jesteś po radzie, bo oceny wystawione, bo nikt Ci już nie zrobi, i pałętasz się po najwyższym piętrze uświadamiając sobie, że po raz ostatni siedzisz w tych klasach, i że po raz ostatni masz lekcje z tymi nauczycielami. Nauczycielami, którzy zawsze wszystko wybaczali, bo przecież jesteś w trudnym wieku. I ludzie, ludzie z którymi widzisz się po raz ostatni w takim składzie. Z jednej strony fajnie, bo połowa Cię wkurwia, ale z drugiej, przecież trzy lata w jednej klasie, jakoś się musieliśmy zżyć.
Było, minęło i już się nie odstanie. Żal, cholerny żal, że się kończy. Ale koniec zawsze jest początkiem czegoś zupełnie nowego. Tak i w tym przypadku, czekają mnie cudowne wakacje, a potem liceum. Zupełnie nowi ludzie, nowe środowisko, i nikogo z tych, których chciałabym wymazać ze swojego życia. Co prawda dwójka moich najlepszych przyjaciół najprawdopodobniej wyjeżdża z miasta, więc dzięki Bogu za telefony i Internet, przynajmniej będzie jakiś kontakt. Wiem, że za trzy lata, będę płakała, bo liceum było tak świetnym czasem. Jeszcze nie wiem jak tam będzie, ale wiem, że moje gimnazjum wysoko postawiło poprzeczkę. Nie wiem czy inna szkoła i inni ludzie będą potrafili to przebić, ale bądźmy dobrej myśli.
sobota, 26 maja 2012
003. My childhood is over
Taki tam, tydzień na antybiotykach, pozwolił mi sięgnąć do książek, które od dawna zalegały u mnie na półce. Pozwolił obejrzeć filmy, które od dawna zamierzałam obejrzeć. Pozwolił przerzucić setki zdjęć na loveit i zapuścić się w odległych marzeniach i równie odległych wspomnieniach. Patrzyłam na siebie samą i zdałam sobie sprawę, że moje dzieciństwo odeszło. Zdałam sobie sprawę z tego, kiedy uświadomiłam sobie, że nie czytałam Harry'ego Pottera od ponad dwóch lat. Wzięłam do ręki tą książkę i się popłakałam. Poprzeglądałam sobie Potterowskie zdjęcia na necie i płakałam jeszcze bardziej. W końcu Potter to całe moje dzieciństwo, nauczył mnie o przyjaźni, poświęceniu i zaufaniu więcej niż ktokolwiek inny. I nagle odchodzi w moją niepamięć. Dlatego powiedziałam sobie koniec, i postanowiłam, że jak tylko skończę książkę, którą aktualnie czytam to biorę się za Pottera. Trochę słaba pora, bo trzeba poprawić oceny i takie tam, ale dam radę. Potter to Potter i nie ma nic ważniejszego. :)
3 heroes, 7 books, 8 movies, 10 years. We are Harry Potter genreation.
We have Harry Potter, muggles have Twilight.
+ przepraszam za Potterowy spam, ale to z żalu o utracone dzieciństwo
wtorek, 10 kwietnia 2012
002. Poświątecznie
Święta, święta i po świętach. Dziś rano rozjechali moi goście i jest mi z tego powodu niezmiernie przykro. Pozdrawiam Olkę, która pisała ze mną na fejsbukowym czacie podczas gdy dzieliły nas dwa metry, pozdrawiam Anię, która wszystko zwala na ciążę i w końcu pozdrawiam Maćka, który podczas gry zawsze wpierdziela mi się do budowy moich miast i wyznaje zasadę, że 'z nikim się tak dobrze nie buduje miast jak z Justyną'.
Poza tym święta pod znakiem nauki. Trzy dni równa się trzy przerobione podręczniki do historii. Historię w zasadzie lubię, ale nie sądziłam, że dam radę. Dlatego jestem z siebie bardzo dumna. :)
A teraz chyba trzeba zacząć robić coś z przedmiotami ścisłymi. No więc będę robić. Napisałabym coś więcej, ale tak jakby nie mam weny.
+ TO mi się przypomniało. :D
Poza tym święta pod znakiem nauki. Trzy dni równa się trzy przerobione podręczniki do historii. Historię w zasadzie lubię, ale nie sądziłam, że dam radę. Dlatego jestem z siebie bardzo dumna. :)
A teraz chyba trzeba zacząć robić coś z przedmiotami ścisłymi. No więc będę robić. Napisałabym coś więcej, ale tak jakby nie mam weny.
+ TO mi się przypomniało. :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)








