wtorek, 26 czerwca 2012

004. The end

Ale jazda, kończę gimnazjum. Zostały mi dwa ostatnie dni w murach w których spędziłam sześć lat.  To właśnie w tych murach poznałam przyjaciół po przeprowadzce sześć lat temu i przez pewien czas to właśnie ta szkoła była dla mnie jedyną rozrywką, póki nie odnalazłam się w nowym otoczeniu. W tej szkole, a w zasadzie szkołach - Boże, błogosław podstawówki i gimnazja, które znajdują się w jednym budynku - spędziłam naprawdę wspaniałe sześć lat. To tu po raz pierwszy się zakochałam i tu po raz pierwszy zrobiłam coś złego. No kurczę, to w tej szkole miałam pierwszy poważny przypał. Pierwszy nie był ostatnim, ale pierwszy się pamięta. A potem, poszłam do gimnazjum. I w gimnazjum się zepsułam. Poczułam smak młodości, uświadomiłam sobie, że naście lat ma się tylko raz. A w zasadzie, to uświadomiłam to sobie w trzeciej klasie dopiero. I przez cztery miesiące stałam się taką osobą, jaką nie myślałam, że kiedykolwiek będę. Serio. I co najlepsze, im bardziej olewam naukę na przykład i mam na to wszystko wyjebane, tym lepsze wyniki osiągam. Miło by było, gdyby zawsze tak było, ale i tak jest fajnie.
Ale wracając do tematu. Kończę gimnazjum. Serio, jest mi szkoda. Coś tak myślę, że w piątek będę ryczeć jak nigdy. No bo kurczę, to w tej szkole zostałam opieprzona tyle samo razy co pochwalona za dobre zachowanie. Hm, jak teraz o tym myślę, to było kilka takich sytuacji. 
Trzy spędzone w gimnazjum lata, był dla mnie naprawdę zajebiście spędzonym czasem. Nie żałuję niczego, no może jednej rzeczy but never mind, i niczego bym nie zmieniła. Gdybym mogła chciałabym przeżyć jeszcze raz przynajmniej ostatnią klasę. Jaranie się tym, że jesteśmy najstarsi w szkole, ubolewanie nad tym, że za dużo się od nas wymaga, rzyganie już tymi całymi egzaminami przed którymi wszyscy mieli taką padakę, a teraz się śmiejemy z tego, jak mogliśmy się tym przejmować, pracowanie nad dekoracją i nad organizacją balu gimnazjalnego, wszystkie próby poloneza i w końcu sam bal, świetnie spędzone ferie zimowe, marzec, w którym wszyscy obiecywaliśmy sobie, że w końcu weźmiemy się do roboty, i kwiecień, który zastał nas nie wiadomo kiedy w ciemnej dupie, dwa tygodnie padaki przed egzaminem, a potem majówka i świętowanie, że najgorsze za nami, maj mijający na uświadamianiu sobie, że to Twoje ostatnie cztery czy pięć tygodni w tej szkole i w końcu czerwiec, który minął nie wiadomo kiedy na próbach do bierzmowania i na poprawianiu ocen. I w końcu nadchodzi ten dzień, kiedy możesz odetchnąć, bo jesteś po radzie, bo oceny wystawione, bo nikt Ci już nie zrobi, i pałętasz się po najwyższym piętrze uświadamiając sobie, że po raz ostatni siedzisz w tych klasach, i że po raz ostatni masz lekcje z tymi nauczycielami. Nauczycielami, którzy zawsze wszystko wybaczali, bo przecież jesteś w trudnym wieku. I ludzie, ludzie z którymi widzisz się po raz ostatni w takim składzie. Z jednej strony fajnie, bo połowa Cię wkurwia, ale z drugiej, przecież trzy lata w jednej klasie, jakoś się musieliśmy zżyć. 
Było, minęło i już się nie odstanie. Żal, cholerny żal, że się kończy. Ale koniec zawsze jest początkiem czegoś zupełnie nowego. Tak i w tym przypadku, czekają mnie cudowne wakacje, a potem liceum. Zupełnie nowi ludzie, nowe środowisko, i nikogo z tych, których chciałabym wymazać ze swojego życia. Co prawda dwójka moich najlepszych przyjaciół najprawdopodobniej wyjeżdża z miasta, więc dzięki Bogu za telefony i Internet, przynajmniej będzie jakiś kontakt. Wiem, że za trzy lata, będę płakała, bo liceum było tak świetnym czasem. Jeszcze nie wiem jak tam będzie, ale wiem, że moje gimnazjum wysoko postawiło poprzeczkę. Nie wiem czy inna szkoła i inni ludzie będą potrafili to przebić, ale bądźmy dobrej myśli.